piątek, 8 listopada 2013

Joe Black

     Poprzedni piątek zaznaczony był w kalendarzu na czerwono. Wszystko za sprawą dnia Wszystkich Świętych - dnia, w którym udajemy się na groby osób nam bliskich. Jest to także czas zadumy, kiedy mamy okazję porozmyślać o życiu i śmierci. Tylko co by się stało, gdyby zamiast myśleć o śmierci, spotkać ją (jego) osobiście, jako człowieka, który chce nauczyć się żyć? Odpowiedzią na to dziwne pytanie może być film Martina Bresta "Joe Black" (org. "Meet Joe Black").
     William Parrish jest bogatym założycielem przedsiębiorstwa, w którym niezmiennie piastuje urząd prezesa. Wiedzie on spokojne życie wraz z dwoma dorosłymi już córkami. Jednak spokój ten zaburza tajemniczy mężczyzna, przedstawiający się jako ŚMIERĆ. Proponuje on (z powodzeniem) Williamowi układ: w zamian za opóźnienie przejścia biznesmena na drugą stronę, ten ma być przewodnikiem po życiu dla nowo poznanego. Śmierć przybiera nazwisko Joe Black i stara odkryć się na czym polega życie. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy Joe zakochuje się w Susan, młodszej córce Williama. Wówczas Black ma zamiar poza przedsiębiorcą "zabrać w podróż" także swoją ukochaną, na co jej ojciec nie może pozwolić.
     Pierwszą uwagą na temat tego filmu to jest czas jego trwania, około trzech godzin. Nie było to jednak dużo; całość bardzo mnie zainteresowała nie pozwalając się ani odrobinę się nudzić. Jednak czego nie zrobił film, to zrobiły reklamy, którymi co jakiś czas karmiła widza stacja TVN 7. Projekcja wraz z reklamami trwała ponad cztery godziny! A jak wiadomo oglądanie krótkich filmików o proszku do prania albo o leku promowanym przez Magdę Gessler do ciekawych zajęć nie należy. Dziwi mnie na przykład, że Multikino tworzy wydarzenia na których widz będzie oglądał tylko reklamy (Noc Reklamożerców 2013). Tym bardziej, że jak podaje Dziennik Gazeta Prawna, prawnicy tłumaczą, że bloki reklamowe emitowane w kinie przed filmem są niezgodne z prawem [1]. Ale wracając do filmu... 
     Produkcja cechuje się znakomitą obsadą aktorską z Anthonym Hopkinsem ("Milczenie owiec", "Słaby punkt") na czele. Nawiasem mówiąc Hopkins jest swoistym wyznacznikiem jakości filmu, nie widziałem jeszcze kiepskiego filmu z jego udziałem. Dodatkowo w obsadzie filmu znaleźli się również m.in. Brad Pitt ("Podziemny krąg", "Mr. & Mrs. Smith") grający tytułową rolę oraz odtwórczyni roli Susan, Claire Forlani ("Hooligans").
     Na pochwałę zasługuje (poza pomysłem, który sam w sobie jest genialny) także realizacja. Gdyby nie młodo wyglądający Brad Pitt, nigdy nie powiedziałbym, że film swoją premierę miał 15 lat temu. Należy także wspomnieć, że nie tylko ja doceniam ten film - produkcja była kilkukrotnie nominowana do dość prestiżowych nagród. 
     Podsumowując, film warto obejrzeć ze względu na ciekawą fabułę, świetnie wykreowane postacie, wspaniałą muzykę i dobrą realizację całego przedsięwzięcia. Oczywiście nie czekajcie na emisję w telewizji (chyba, że lubicie reklamy) tylko obejrzyjcie na DVD czy w Internecie.

wtorek, 22 października 2013

Młodzi gniewni

     Już od ponad roku opisuje na blogu różne filmy i seriale. Jedne lepsze, warte polecenia, inne zaś zdecydowanie przeciwne - nudne i kiepsko wykonane. Jednak przez cały ten czas nie napisałem o moim ulubionym filmie. Pomyślałem więc, że czas to zmienić. Stąd też dzisiaj post opisujący "Młodych gniewnych" (org. "Dangerous Mind", reż. John N. Smith).
     Historia LouAnne Johnson to jedna z najbardziej znanych historii o nauczycielach. Opowiada ona o kobiecie, która po zakończonej służbie w piechocie morskiej, zatrudnia się w szkole. Klasa, którą przyszło jej uczyć to mieszanka kulturowa i etniczna, którą stanowi w znacznej większości tzw. trudna młodzież. Praca z nimi w zasadzie nie jest możliwa, a nauczyciele, którzy zostają do niej przydzieleni, wcześniej czy później rezygnują z pracy. Po pierwszym dniu LouAnne też się zastanawiała, czy rzucić tej posady. Jednak, jako była wojskowa, nie zwykła szybko się poddawać. Następnego dnia pojawia się w pracy rozpoczynając krucjatę, mającą na celu wychowanie i wyedukowanie swoich podopiecznych. Odkrywa wówczas, że jej uczniowie to dobre, ale pogubione i doświadczone przez życie dzieciaki.
     Powstało wiele filmów prezentujące sylwetki wybitnych nauczycieli... Opisywany przeze mnie "Młodzi gniewni", "Wolność słowa" czy znakomity serial "Boston Public". Niewątpliwie historia Johnson jest jednak najciekawsza z tych, które miałem okazję poznać. Być może dla tego, że wiem, iż wydarzyła się naprawdę. Scenariusz filmu opierał się na książce LouAnne Johnson, która to opisała autentyczne wydarzenia, jakie spotkały ją podczas pracy w szkole. Sama książka w Polsce została wydana pod tym samym tytułem co film. Niestety do tej pory nie udało mi się do niej dotrzeć.
     Jako przyszły nauczyciel zapewne chciałbym być takim nauczycielem jak LouAnne. Chciałbym nie tylko nauczać rozwiązywania równań i zastosowań twierdzenia Pitagorasa, ale też zmienić życie swoich uczniów na lepsze. Przekonać, że można i że warto poukładać swoje życie.
     Czas na ocenę techniczną produkcji. Na ogromną pochwałę zasługuje zaangażowanie, jako odtwórczyni głównej roli, Michelle Pfeiffer ("Ludzie jak my", "Sam"). Aktorkę, którą darzę ogromnym szacunkiem i która imponuje mi niezwykłym talentem aktorskim. Dodatkową zaletą filmu jest znakomita oprawa muzyczna, z utworem "Gangsta Paradise" na czele. Utwór ten zapewne kojarzy każdy. Każdy też powinien zgodzić się, iż jest on niezwykły.
     Co do minusów, to nawet nie wiem, czy takowe są. Film miał swoją premierę w 1995 roku, stąd też ciężko przyczepić mi się realizacji filmu - jak na swoje czasy... jest OKEY. Świetnie opowiedziana historia głównej bohaterki i jej uczniów potrafiła pochłonąć mnie do tego stopnia, że nawet gdybym miał się czego przyczepić to byłoby to nieistotne.
     Uważam, że produkcja warta jest obejrzenia. Sam sięgąłem po nią wielokrotnie. Polecam!

czwartek, 17 października 2013

Pterodaktyl

     No... W końcu mogę wrócić do blogowania! Najpierw brak Internetu przez wakacje, a później tragiczna śmierć mojego laptopa nie pozwalały mi dodawać nowych wpisów. Jednak, mimo że nie pisałem nic nowego, to przez okres wakacji udało mi się obejrzeć nawet niemało różnych produkcji filmowych. Zapewne kilka z nich opiszę tutaj, a opinia o reszcie nie zostanie publicznie przedstawiona. Przez wakacje miałem kilka pomysłów jak rozwinąć blog, by ten był ciekawszy i bardziej atrakcyjny. Mam nadzieję, że uda mi się je z powodzeniem wprowadzić... Ale przejdźmy do meritum, czyli do opinii o kolejnym obejrzanym przeze mnie filmie. Na dzisiaj przygotowałem wpis na temat filmu "Pterodaktyl" (reż. Mark L. Lester).
     "Pterodaktyl" to mieszanka filmu sci-fi z domieszką horroru oraz filmu katastroficznego. Opowiada on o grupie studentów, którzy wraz ze swoim profesorem udają się na zagraniczną ekspedycję naukową. Podczas wyprawy napotykają oni działającą nieoficjalnie amerykańską jednostkę antyterrorystyczną. Obie grupy muszą połączyć siły, by przetrwać spotkanie z prehistorycznymi pterodaktylami.
     O tyle, o ile pomysł może wydawać się interesujący, o tyle cała reszta wypada miernie. Samym nieporozumieniem jest już choćby sam tytuł. Sugeruje on, że "bohaterem" będzie jedno zwierzę, a tym czasem mamy do czynienia z całym stadem tych bestii. Początkowo myślałem, że ten "błąd" dotyczy polskiej wersji tytułu, jednak jak się okazuje tym razem tytuł przetłumaczono wiernie, a owy błąd stoi po stronie samych twórców.
     Niestety scenariusz również nie zachwyca. Ba! On nie tylko nie zachwyca, nie jest też chociażby przyzwoity. Myślę, że scenariusze w telenowelach brazylijskich są bardziej dopracowane i nie wieją aż tak tandetą. Fabuła "Pterodaktyla" jest przewidywalna, a jedyną rzeczą której nie potrafiłem przewidzieć, to moment, w którym Tv Puls zapoda reklamę. Całe szczęście produkcję ratują aktorzy... ŻARTOWAŁEM! Aktorzy nieprzekonujący, których umiejętności porównywalne są do talentu obsady "Trudnych spraw" czy "Pamiętników z wakacji".
      Co do efektów specjalnych, to są one nijakie. Pterodaktyle stworzone przez grafików komputerowych często nie wkomponowywały się w obrazy nakręcone kamerą, co ostatecznie przesądziło o mizernym wykonaniu całego przedsięwzięcia. Dźwięki, które owe stworzenia wydawały można zaś porównać do odgłosów ścierwojadów z gry komputerowej "Gothic" co przypomniało mi o nieco lepszym filmie - "Sidła śmierci".
     Cóż, film mogę porównać z takimi hitami jak "Mordercze mrówki" czy "Atak szarańczy", tzn. można obejrzeć, tylko po co?!

wtorek, 18 czerwca 2013

Stażyści

     Ostatni tydzień był dla mnie bardzo udany. Miałem szczęście wygrać kilka drobiazgów, które bardzo mnie ucieszyły - doładowanie do telefonu w konkursie zorganizowanym przez mojego operatora, płytę w rozgłośni radiowej, a także podwójne zaproszenie do kina w konkursie na filmweb.pl. Ta ostatnia nagroda to konkretniej dwa bilety na przedpremierowy pokaz filmu "Stażyści" (org. "The Internship", reż. Shawn Levy), którego polska premiera będzie miała miejsce w najbliższy piątek.
     Billy McMahon i Nick Campbell to dwaj handlowcy, którzy właśnie co stracili pracę. Nie mając dużych perspektyw na zatrudnienie decydują się na odbycie stażu w pewnej dość dużej firmie zajmujących się szeroko rzecz ujmując informatyką. Słyszeliście może o Google? Szanse na zatrudnienie ma 5% (jeden zespół zadaniowy) wszystkich stażystów, a ci są zwykle młodzi (20 lat lub trochę powyżej), utalentowani i w mig rozwiązują problemy z błędnym kodem w C++. Billy i Nick są inni na tym tle - bliżej im do emerytury niż wieku swoich współpracowników, o komputerach posiadają znikomą wiedzę, ale mają duże doświadczenie zawodowe, którego nie mają pozostali... Czy zespołowi złożonemu z dwóch dinozaurów świata handlu oraz trójki barwnych "dzieciaków" (którzy bagatela są w podobnym wieku do mojego!) uda się wygrać w walce o pracę (marzeń)? Na to pytanie nie odpowiem.
     W rolę głównych bohaterów wcielili się Owen Wilson ("O północy w Paryżu") i Vince Vaughn ("Sztuka zrywania"). Ten, znany z "Polowania na druhny", duet aktorski znakomicie zagrał również w tym filmie. Postacie nie były sztuczne, a za to wyraziste i pełne humoru. Obok nich można zauważyć wiele młodych aktorów, których kariera się dopiero rozpoczyna.
     "Stażyści" naprawdę bawią. Scenariusz, którego współtwórcą jest właśnie Vaughn, jest napisany na wysokim poziomie. A pomysł, w którym czterdziestoparolatkowie nie poruszający się w świecie komputerów i Internetu, mają pracować w Google, jest po prostu genialny! Sam mógłbym sobie wyobrazić moich rodziców, czy rodziców niektórych moich znajomych, którzy nie potrafią włączyć komputerów, a których zadaniem byłoby pisanie programów komputerowych. To musiałoby być komiczne...
     Dodatkowo pochwalę film za muzykę. Widz doświadcza wielu znanych utworów od tych z lat 80. po współczesne. Fajnym efektem było też pokazanie akcji (w pewnym momencie) okiem kamery umieszczonej jakby bezpośrednio za ekranem komputera, wyświetlając tekst, który widzi użytkownik z drugiej strony - tak, jak jest przedstawione to na plakacie.
      Mówi się, że darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby - to prawda! Stąd też pewnie byłbym zadowolony gdyby film, na który bilet wygrałem, byłby o zdobywaniu pożywienia przez misie koala. Ale bardziej cieszyła mnie wejściówka na właśnie "Stażystów".

sobota, 8 czerwca 2013

Skins (sezony 1 i 2)

     Jak pokazują najnowsze badania oglądalności największą popularnością w Polsce cieszą się polskie seriale obyczajowe oraz programy informacyjne. Nie ma się niczemu dziwić. W polskiej telewizji tak naprawdę nie ma miejsca dla seriali zagranicznych, które rzadko kiedy osiągają zadowalającą oglądalność. Jest to spowodowane prostym zjawiskiem. Niestety polskie premiery takich seriali odbywają się ze znacznym opóźnieniem w stosunku do pierwotnych. Nie jest to jednak przeszkodą dla publikowania kolejnych odcinków w Internecie, gdzie potencjalny widz może obejrzeć swój serial na świeżo. W Internecie można także oglądać seriale, które już się zakończyły, właściwie odcinek po odcinku, nie czekając na emisję kolejnego dzień czy tydzień, jak zwykle bywa w telewizji. Ostatnie 3 dni poświęciłem po części na obejrzenie dwóch sezonów serialu "Kumple" (org. "Skins"), co przy pomocy telewizji trwałoby zdecydowanie dłużej.
     Serial "Skins" jest produkcją brytyjską (wyszła wersja amerykańska, która podobno jest dużo słabsza od opisywanej przeze mnie) opowiadający o grupie nastolatków i ich codziennym życiu. Nie jest to jednak opowieść o bogatych dzieciakach (choć bardziej powinno być młodzieży) i ich wyimaginowanych problemach - takie produkcje już były (np. "90210" czy "Słodkie zmartwienia"). "Skins" na tym tle wychodzi lepiej, choć też można się czepiać, że przeciętny nastolatek nie imprezuje aż tyle itd. 
     Sam serial doczekał się sześciu sezonów, w którym każde dwa opowiadają o nowej generacji angielskich nastolatków. Uzasadnione jest więc, czemu opisuję dwa pierwsze sezony. Pierwszy był trochę lżejszy służący poznaniu bohaterów, drugi zaś sięga dalej - prezentuje ich życiowe problemy, złożoność ich osobowości. Ciekawa koncepcja tyczy się samej konstrukcji kolejnych odcinków, gdzie na pierwszy plan wybija się jedna postać a losy pozostałych przedstawione są w tle. Dzięki temu widz mógł wniknąć do psychiki danego bohatera i go zrozumieć.
     Sami bohaterowie są wyraziści i wyróżniający się. A cała grupa przyjaciół jest wymieszana pod względem życiowych dążeń, religii i kultury, orientacji seksualnej czy ogólnego światopoglądu. Przejdę zatem do opisu konkretnych postaci.
     Tony, w którego postać wcielił się Nicholas Hoult ("Wiecznie żywy"), to postać niejako dominująca nad resztą. Świetnie radzi sobie z manipulowaniem ludzi z jego otoczenia, a szczególnie z bawieniem się uczuciami swojej dziewczyny Michelle i najlepszego przyjaciela Sida. Jest podrywaczem. Chłopak przechodzi przemianę pod wpływem wypadku, któremu ulega pod koniec pierwszego sezonu i z którego z trudem wychodzi z życiem.
     Michelle to dziewczyna Tony'ego. Jest zakochana w nim, stąd też często wybacza jego zdrady i wyskoki tłumacząc, że jest przekonana tym, iż tak naprawdę on kocha tylko ją. Jest egoistką i dla niej ważniejsze są jej problemy (nawet jeśli są błahe) od problemów innych. 
     Sid to najlepszy przyjaciel Tony'ego. Początkowo ślepo zakochany w jego dziewczynie, później odkochuje się na rzecz Cassie. Chłopak łatwo wpada w tarapaty, najczęściej z pomocą innych. Jest jedną z tych osób, które potrafią spieprzyć nawet najlepiej poukładaną sytuację.
     Cassie zaś to zakochana w Sidzie anorektyczka. Jest trochę infantylna i ma problemy sama ze sobą, jednak mimo wszystko jest sympatyczna, choć czasem denerwująca. Dziewczyna szuka swojego miejsca w świecie. Podróżuje uciekając od zmartwień i nurtujących ją problemów.
     Jal z kolei to chyba najbardziej poukładana postać w serialu. Jest utalentowaną klarnecistką. Dziewczynie nie śpieszy się do związków. Grupa rówieśnicza jest dla niej niczym rodzina, bowiem w domu nie potrafi się odnaleźć. Z ojcem nie dogaduje się najlepiej, matka zaś odeszła, gdy ta była jeszcze mała.
     Chris to chyba najbardziej zabawna postać w serialu. Zakochany w nauczycielce psychologii walczy o jej względy (z powodzeniem). Jednak Chris to taka osoba, która ma bardzo trudne życie. Zarówno on jak i jego rodzice nie mogą pogodzić się ze śmiercią jego starszego brata. Kolejno opuszczają go ojciec, później ucieka jego matka.
     Anwar, którego zagrał Dev Patel ("Slumdog. Milioner z ulicy"), to nastoletni muzułmanin, który próbuje połączyć swoje życie religijne z możliwością podrywania panienek. Jego najlepszy przyjaciel jest gejem, co sprawia, że chłopak czuje się rozdarty wewnętrznie pomiędzy wiarą a przyjaźnią.
     Maxxie jest najlepszym przyjacielem Anvara. Chłopak kocha mężczyzn i nie ukrywa tego. Ma powodzenie u obu płci. Jest utalentowanym tancerzem i rysownikiem.

     Realizmowi serialu dodaje chociażby angaż młodych aktorów, którzy rzeczywiście mają tyle lat, ile ich bohaterowie lub nie wiele więcej. Często w serialach bywa inaczej i siedemnastolatkę gra aktorka, która ma prawie 10 lat więcej. Z resztą aktorzy są utalentowani i świetnie dobrani do swoich ról. Jednak najważniejsze jest to, że sam scenariusz odkrywa to, co młodym ludziom nie jest obce: seks, palenie papierosów, kontakt z narkotykami i alkoholem czy nastoletnia ciąża, anoreksja i próba samobójcza jako próba ucieczki od nieudanego życia. Widać także, że niektórzy nie mają wsparcia rodziców, co jest trochę smutne.
      Serial mogę pochwalić za świetne intro (czytaj czołówkę), która jest żywa i świetnie oddaje charakter serialu. Do tego znakomita oprawa muzyczna. Widz może usłyszeć muzykę różnych gatunków, od przebojów disco lat 80. po utwory współczesne. Jednak najznakomitsze było zakończenie sezonu pierwszego, kiedy to aktorzy serialu (ze szczególnym uwzględnieniem odtwórcy roli Sida - Mike'a Bailey'ego) śpiewają utwór "Wild Word". Jest to o tyle świetne, że zarówno klimat piosenki jak też tekst oddają w stu procentach atmosferę zakończenia i wydarzenia, które miały miejsce. Poniżej wspomniane wykonanie chyba znanej większości piosenki (z tłumaczeniem tekstu po polsku):


      Reasumując, serial "Skins" jest świetnym serialem, a przynajmniej dwa pierwsze sezony takie są. Dowodzi, że brytyjskie kino i telewizja nie są gorsze od kina amerykańskiego, na które zdaje mi się poświęcamy więcej uwagi. W tym przypadku Anglicy okazali się nawet lepsi.