piątek, 8 listopada 2013

Joe Black

     Poprzedni piątek zaznaczony był w kalendarzu na czerwono. Wszystko za sprawą dnia Wszystkich Świętych - dnia, w którym udajemy się na groby osób nam bliskich. Jest to także czas zadumy, kiedy mamy okazję porozmyślać o życiu i śmierci. Tylko co by się stało, gdyby zamiast myśleć o śmierci, spotkać ją (jego) osobiście, jako człowieka, który chce nauczyć się żyć? Odpowiedzią na to dziwne pytanie może być film Martina Bresta "Joe Black" (org. "Meet Joe Black").
     William Parrish jest bogatym założycielem przedsiębiorstwa, w którym niezmiennie piastuje urząd prezesa. Wiedzie on spokojne życie wraz z dwoma dorosłymi już córkami. Jednak spokój ten zaburza tajemniczy mężczyzna, przedstawiający się jako ŚMIERĆ. Proponuje on (z powodzeniem) Williamowi układ: w zamian za opóźnienie przejścia biznesmena na drugą stronę, ten ma być przewodnikiem po życiu dla nowo poznanego. Śmierć przybiera nazwisko Joe Black i stara odkryć się na czym polega życie. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy Joe zakochuje się w Susan, młodszej córce Williama. Wówczas Black ma zamiar poza przedsiębiorcą "zabrać w podróż" także swoją ukochaną, na co jej ojciec nie może pozwolić.
     Pierwszą uwagą na temat tego filmu to jest czas jego trwania, około trzech godzin. Nie było to jednak dużo; całość bardzo mnie zainteresowała nie pozwalając się ani odrobinę się nudzić. Jednak czego nie zrobił film, to zrobiły reklamy, którymi co jakiś czas karmiła widza stacja TVN 7. Projekcja wraz z reklamami trwała ponad cztery godziny! A jak wiadomo oglądanie krótkich filmików o proszku do prania albo o leku promowanym przez Magdę Gessler do ciekawych zajęć nie należy. Dziwi mnie na przykład, że Multikino tworzy wydarzenia na których widz będzie oglądał tylko reklamy (Noc Reklamożerców 2013). Tym bardziej, że jak podaje Dziennik Gazeta Prawna, prawnicy tłumaczą, że bloki reklamowe emitowane w kinie przed filmem są niezgodne z prawem [1]. Ale wracając do filmu... 
     Produkcja cechuje się znakomitą obsadą aktorską z Anthonym Hopkinsem ("Milczenie owiec", "Słaby punkt") na czele. Nawiasem mówiąc Hopkins jest swoistym wyznacznikiem jakości filmu, nie widziałem jeszcze kiepskiego filmu z jego udziałem. Dodatkowo w obsadzie filmu znaleźli się również m.in. Brad Pitt ("Podziemny krąg", "Mr. & Mrs. Smith") grający tytułową rolę oraz odtwórczyni roli Susan, Claire Forlani ("Hooligans").
     Na pochwałę zasługuje (poza pomysłem, który sam w sobie jest genialny) także realizacja. Gdyby nie młodo wyglądający Brad Pitt, nigdy nie powiedziałbym, że film swoją premierę miał 15 lat temu. Należy także wspomnieć, że nie tylko ja doceniam ten film - produkcja była kilkukrotnie nominowana do dość prestiżowych nagród. 
     Podsumowując, film warto obejrzeć ze względu na ciekawą fabułę, świetnie wykreowane postacie, wspaniałą muzykę i dobrą realizację całego przedsięwzięcia. Oczywiście nie czekajcie na emisję w telewizji (chyba, że lubicie reklamy) tylko obejrzyjcie na DVD czy w Internecie.

wtorek, 22 października 2013

Młodzi gniewni

     Już od ponad roku opisuje na blogu różne filmy i seriale. Jedne lepsze, warte polecenia, inne zaś zdecydowanie przeciwne - nudne i kiepsko wykonane. Jednak przez cały ten czas nie napisałem o moim ulubionym filmie. Pomyślałem więc, że czas to zmienić. Stąd też dzisiaj post opisujący "Młodych gniewnych" (org. "Dangerous Mind", reż. John N. Smith).
     Historia LouAnne Johnson to jedna z najbardziej znanych historii o nauczycielach. Opowiada ona o kobiecie, która po zakończonej służbie w piechocie morskiej, zatrudnia się w szkole. Klasa, którą przyszło jej uczyć to mieszanka kulturowa i etniczna, którą stanowi w znacznej większości tzw. trudna młodzież. Praca z nimi w zasadzie nie jest możliwa, a nauczyciele, którzy zostają do niej przydzieleni, wcześniej czy później rezygnują z pracy. Po pierwszym dniu LouAnne też się zastanawiała, czy rzucić tej posady. Jednak, jako była wojskowa, nie zwykła szybko się poddawać. Następnego dnia pojawia się w pracy rozpoczynając krucjatę, mającą na celu wychowanie i wyedukowanie swoich podopiecznych. Odkrywa wówczas, że jej uczniowie to dobre, ale pogubione i doświadczone przez życie dzieciaki.
     Powstało wiele filmów prezentujące sylwetki wybitnych nauczycieli... Opisywany przeze mnie "Młodzi gniewni", "Wolność słowa" czy znakomity serial "Boston Public". Niewątpliwie historia Johnson jest jednak najciekawsza z tych, które miałem okazję poznać. Być może dla tego, że wiem, iż wydarzyła się naprawdę. Scenariusz filmu opierał się na książce LouAnne Johnson, która to opisała autentyczne wydarzenia, jakie spotkały ją podczas pracy w szkole. Sama książka w Polsce została wydana pod tym samym tytułem co film. Niestety do tej pory nie udało mi się do niej dotrzeć.
     Jako przyszły nauczyciel zapewne chciałbym być takim nauczycielem jak LouAnne. Chciałbym nie tylko nauczać rozwiązywania równań i zastosowań twierdzenia Pitagorasa, ale też zmienić życie swoich uczniów na lepsze. Przekonać, że można i że warto poukładać swoje życie.
     Czas na ocenę techniczną produkcji. Na ogromną pochwałę zasługuje zaangażowanie, jako odtwórczyni głównej roli, Michelle Pfeiffer ("Ludzie jak my", "Sam"). Aktorkę, którą darzę ogromnym szacunkiem i która imponuje mi niezwykłym talentem aktorskim. Dodatkową zaletą filmu jest znakomita oprawa muzyczna, z utworem "Gangsta Paradise" na czele. Utwór ten zapewne kojarzy każdy. Każdy też powinien zgodzić się, iż jest on niezwykły.
     Co do minusów, to nawet nie wiem, czy takowe są. Film miał swoją premierę w 1995 roku, stąd też ciężko przyczepić mi się realizacji filmu - jak na swoje czasy... jest OKEY. Świetnie opowiedziana historia głównej bohaterki i jej uczniów potrafiła pochłonąć mnie do tego stopnia, że nawet gdybym miał się czego przyczepić to byłoby to nieistotne.
     Uważam, że produkcja warta jest obejrzenia. Sam sięgąłem po nią wielokrotnie. Polecam!

czwartek, 17 października 2013

Pterodaktyl

     No... W końcu mogę wrócić do blogowania! Najpierw brak Internetu przez wakacje, a później tragiczna śmierć mojego laptopa nie pozwalały mi dodawać nowych wpisów. Jednak, mimo że nie pisałem nic nowego, to przez okres wakacji udało mi się obejrzeć nawet niemało różnych produkcji filmowych. Zapewne kilka z nich opiszę tutaj, a opinia o reszcie nie zostanie publicznie przedstawiona. Przez wakacje miałem kilka pomysłów jak rozwinąć blog, by ten był ciekawszy i bardziej atrakcyjny. Mam nadzieję, że uda mi się je z powodzeniem wprowadzić... Ale przejdźmy do meritum, czyli do opinii o kolejnym obejrzanym przeze mnie filmie. Na dzisiaj przygotowałem wpis na temat filmu "Pterodaktyl" (reż. Mark L. Lester).
     "Pterodaktyl" to mieszanka filmu sci-fi z domieszką horroru oraz filmu katastroficznego. Opowiada on o grupie studentów, którzy wraz ze swoim profesorem udają się na zagraniczną ekspedycję naukową. Podczas wyprawy napotykają oni działającą nieoficjalnie amerykańską jednostkę antyterrorystyczną. Obie grupy muszą połączyć siły, by przetrwać spotkanie z prehistorycznymi pterodaktylami.
     O tyle, o ile pomysł może wydawać się interesujący, o tyle cała reszta wypada miernie. Samym nieporozumieniem jest już choćby sam tytuł. Sugeruje on, że "bohaterem" będzie jedno zwierzę, a tym czasem mamy do czynienia z całym stadem tych bestii. Początkowo myślałem, że ten "błąd" dotyczy polskiej wersji tytułu, jednak jak się okazuje tym razem tytuł przetłumaczono wiernie, a owy błąd stoi po stronie samych twórców.
     Niestety scenariusz również nie zachwyca. Ba! On nie tylko nie zachwyca, nie jest też chociażby przyzwoity. Myślę, że scenariusze w telenowelach brazylijskich są bardziej dopracowane i nie wieją aż tak tandetą. Fabuła "Pterodaktyla" jest przewidywalna, a jedyną rzeczą której nie potrafiłem przewidzieć, to moment, w którym Tv Puls zapoda reklamę. Całe szczęście produkcję ratują aktorzy... ŻARTOWAŁEM! Aktorzy nieprzekonujący, których umiejętności porównywalne są do talentu obsady "Trudnych spraw" czy "Pamiętników z wakacji".
      Co do efektów specjalnych, to są one nijakie. Pterodaktyle stworzone przez grafików komputerowych często nie wkomponowywały się w obrazy nakręcone kamerą, co ostatecznie przesądziło o mizernym wykonaniu całego przedsięwzięcia. Dźwięki, które owe stworzenia wydawały można zaś porównać do odgłosów ścierwojadów z gry komputerowej "Gothic" co przypomniało mi o nieco lepszym filmie - "Sidła śmierci".
     Cóż, film mogę porównać z takimi hitami jak "Mordercze mrówki" czy "Atak szarańczy", tzn. można obejrzeć, tylko po co?!

wtorek, 18 czerwca 2013

Stażyści

     Ostatni tydzień był dla mnie bardzo udany. Miałem szczęście wygrać kilka drobiazgów, które bardzo mnie ucieszyły - doładowanie do telefonu w konkursie zorganizowanym przez mojego operatora, płytę w rozgłośni radiowej, a także podwójne zaproszenie do kina w konkursie na filmweb.pl. Ta ostatnia nagroda to konkretniej dwa bilety na przedpremierowy pokaz filmu "Stażyści" (org. "The Internship", reż. Shawn Levy), którego polska premiera będzie miała miejsce w najbliższy piątek.
     Billy McMahon i Nick Campbell to dwaj handlowcy, którzy właśnie co stracili pracę. Nie mając dużych perspektyw na zatrudnienie decydują się na odbycie stażu w pewnej dość dużej firmie zajmujących się szeroko rzecz ujmując informatyką. Słyszeliście może o Google? Szanse na zatrudnienie ma 5% (jeden zespół zadaniowy) wszystkich stażystów, a ci są zwykle młodzi (20 lat lub trochę powyżej), utalentowani i w mig rozwiązują problemy z błędnym kodem w C++. Billy i Nick są inni na tym tle - bliżej im do emerytury niż wieku swoich współpracowników, o komputerach posiadają znikomą wiedzę, ale mają duże doświadczenie zawodowe, którego nie mają pozostali... Czy zespołowi złożonemu z dwóch dinozaurów świata handlu oraz trójki barwnych "dzieciaków" (którzy bagatela są w podobnym wieku do mojego!) uda się wygrać w walce o pracę (marzeń)? Na to pytanie nie odpowiem.
     W rolę głównych bohaterów wcielili się Owen Wilson ("O północy w Paryżu") i Vince Vaughn ("Sztuka zrywania"). Ten, znany z "Polowania na druhny", duet aktorski znakomicie zagrał również w tym filmie. Postacie nie były sztuczne, a za to wyraziste i pełne humoru. Obok nich można zauważyć wiele młodych aktorów, których kariera się dopiero rozpoczyna.
     "Stażyści" naprawdę bawią. Scenariusz, którego współtwórcą jest właśnie Vaughn, jest napisany na wysokim poziomie. A pomysł, w którym czterdziestoparolatkowie nie poruszający się w świecie komputerów i Internetu, mają pracować w Google, jest po prostu genialny! Sam mógłbym sobie wyobrazić moich rodziców, czy rodziców niektórych moich znajomych, którzy nie potrafią włączyć komputerów, a których zadaniem byłoby pisanie programów komputerowych. To musiałoby być komiczne...
     Dodatkowo pochwalę film za muzykę. Widz doświadcza wielu znanych utworów od tych z lat 80. po współczesne. Fajnym efektem było też pokazanie akcji (w pewnym momencie) okiem kamery umieszczonej jakby bezpośrednio za ekranem komputera, wyświetlając tekst, który widzi użytkownik z drugiej strony - tak, jak jest przedstawione to na plakacie.
      Mówi się, że darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby - to prawda! Stąd też pewnie byłbym zadowolony gdyby film, na który bilet wygrałem, byłby o zdobywaniu pożywienia przez misie koala. Ale bardziej cieszyła mnie wejściówka na właśnie "Stażystów".

sobota, 8 czerwca 2013

Skins (sezony 1 i 2)

     Jak pokazują najnowsze badania oglądalności największą popularnością w Polsce cieszą się polskie seriale obyczajowe oraz programy informacyjne. Nie ma się niczemu dziwić. W polskiej telewizji tak naprawdę nie ma miejsca dla seriali zagranicznych, które rzadko kiedy osiągają zadowalającą oglądalność. Jest to spowodowane prostym zjawiskiem. Niestety polskie premiery takich seriali odbywają się ze znacznym opóźnieniem w stosunku do pierwotnych. Nie jest to jednak przeszkodą dla publikowania kolejnych odcinków w Internecie, gdzie potencjalny widz może obejrzeć swój serial na świeżo. W Internecie można także oglądać seriale, które już się zakończyły, właściwie odcinek po odcinku, nie czekając na emisję kolejnego dzień czy tydzień, jak zwykle bywa w telewizji. Ostatnie 3 dni poświęciłem po części na obejrzenie dwóch sezonów serialu "Kumple" (org. "Skins"), co przy pomocy telewizji trwałoby zdecydowanie dłużej.
     Serial "Skins" jest produkcją brytyjską (wyszła wersja amerykańska, która podobno jest dużo słabsza od opisywanej przeze mnie) opowiadający o grupie nastolatków i ich codziennym życiu. Nie jest to jednak opowieść o bogatych dzieciakach (choć bardziej powinno być młodzieży) i ich wyimaginowanych problemach - takie produkcje już były (np. "90210" czy "Słodkie zmartwienia"). "Skins" na tym tle wychodzi lepiej, choć też można się czepiać, że przeciętny nastolatek nie imprezuje aż tyle itd. 
     Sam serial doczekał się sześciu sezonów, w którym każde dwa opowiadają o nowej generacji angielskich nastolatków. Uzasadnione jest więc, czemu opisuję dwa pierwsze sezony. Pierwszy był trochę lżejszy służący poznaniu bohaterów, drugi zaś sięga dalej - prezentuje ich życiowe problemy, złożoność ich osobowości. Ciekawa koncepcja tyczy się samej konstrukcji kolejnych odcinków, gdzie na pierwszy plan wybija się jedna postać a losy pozostałych przedstawione są w tle. Dzięki temu widz mógł wniknąć do psychiki danego bohatera i go zrozumieć.
     Sami bohaterowie są wyraziści i wyróżniający się. A cała grupa przyjaciół jest wymieszana pod względem życiowych dążeń, religii i kultury, orientacji seksualnej czy ogólnego światopoglądu. Przejdę zatem do opisu konkretnych postaci.
     Tony, w którego postać wcielił się Nicholas Hoult ("Wiecznie żywy"), to postać niejako dominująca nad resztą. Świetnie radzi sobie z manipulowaniem ludzi z jego otoczenia, a szczególnie z bawieniem się uczuciami swojej dziewczyny Michelle i najlepszego przyjaciela Sida. Jest podrywaczem. Chłopak przechodzi przemianę pod wpływem wypadku, któremu ulega pod koniec pierwszego sezonu i z którego z trudem wychodzi z życiem.
     Michelle to dziewczyna Tony'ego. Jest zakochana w nim, stąd też często wybacza jego zdrady i wyskoki tłumacząc, że jest przekonana tym, iż tak naprawdę on kocha tylko ją. Jest egoistką i dla niej ważniejsze są jej problemy (nawet jeśli są błahe) od problemów innych. 
     Sid to najlepszy przyjaciel Tony'ego. Początkowo ślepo zakochany w jego dziewczynie, później odkochuje się na rzecz Cassie. Chłopak łatwo wpada w tarapaty, najczęściej z pomocą innych. Jest jedną z tych osób, które potrafią spieprzyć nawet najlepiej poukładaną sytuację.
     Cassie zaś to zakochana w Sidzie anorektyczka. Jest trochę infantylna i ma problemy sama ze sobą, jednak mimo wszystko jest sympatyczna, choć czasem denerwująca. Dziewczyna szuka swojego miejsca w świecie. Podróżuje uciekając od zmartwień i nurtujących ją problemów.
     Jal z kolei to chyba najbardziej poukładana postać w serialu. Jest utalentowaną klarnecistką. Dziewczynie nie śpieszy się do związków. Grupa rówieśnicza jest dla niej niczym rodzina, bowiem w domu nie potrafi się odnaleźć. Z ojcem nie dogaduje się najlepiej, matka zaś odeszła, gdy ta była jeszcze mała.
     Chris to chyba najbardziej zabawna postać w serialu. Zakochany w nauczycielce psychologii walczy o jej względy (z powodzeniem). Jednak Chris to taka osoba, która ma bardzo trudne życie. Zarówno on jak i jego rodzice nie mogą pogodzić się ze śmiercią jego starszego brata. Kolejno opuszczają go ojciec, później ucieka jego matka.
     Anwar, którego zagrał Dev Patel ("Slumdog. Milioner z ulicy"), to nastoletni muzułmanin, który próbuje połączyć swoje życie religijne z możliwością podrywania panienek. Jego najlepszy przyjaciel jest gejem, co sprawia, że chłopak czuje się rozdarty wewnętrznie pomiędzy wiarą a przyjaźnią.
     Maxxie jest najlepszym przyjacielem Anvara. Chłopak kocha mężczyzn i nie ukrywa tego. Ma powodzenie u obu płci. Jest utalentowanym tancerzem i rysownikiem.

     Realizmowi serialu dodaje chociażby angaż młodych aktorów, którzy rzeczywiście mają tyle lat, ile ich bohaterowie lub nie wiele więcej. Często w serialach bywa inaczej i siedemnastolatkę gra aktorka, która ma prawie 10 lat więcej. Z resztą aktorzy są utalentowani i świetnie dobrani do swoich ról. Jednak najważniejsze jest to, że sam scenariusz odkrywa to, co młodym ludziom nie jest obce: seks, palenie papierosów, kontakt z narkotykami i alkoholem czy nastoletnia ciąża, anoreksja i próba samobójcza jako próba ucieczki od nieudanego życia. Widać także, że niektórzy nie mają wsparcia rodziców, co jest trochę smutne.
      Serial mogę pochwalić za świetne intro (czytaj czołówkę), która jest żywa i świetnie oddaje charakter serialu. Do tego znakomita oprawa muzyczna. Widz może usłyszeć muzykę różnych gatunków, od przebojów disco lat 80. po utwory współczesne. Jednak najznakomitsze było zakończenie sezonu pierwszego, kiedy to aktorzy serialu (ze szczególnym uwzględnieniem odtwórcy roli Sida - Mike'a Bailey'ego) śpiewają utwór "Wild Word". Jest to o tyle świetne, że zarówno klimat piosenki jak też tekst oddają w stu procentach atmosferę zakończenia i wydarzenia, które miały miejsce. Poniżej wspomniane wykonanie chyba znanej większości piosenki (z tłumaczeniem tekstu po polsku):


      Reasumując, serial "Skins" jest świetnym serialem, a przynajmniej dwa pierwsze sezony takie są. Dowodzi, że brytyjskie kino i telewizja nie są gorsze od kina amerykańskiego, na które zdaje mi się poświęcamy więcej uwagi. W tym przypadku Anglicy okazali się nawet lepsi.

czwartek, 6 czerwca 2013

Ludzie jak my

     Dzisiejszy dzień to czas wytężonej pracy dla mnie. Przez prawie cały dzień się uczyłem do jutrzejszego kolokwium, a nadal odnoszę wrażenie, że w mojej głowie mam jakieś strzępy potrzebnej na jutro wiedzy. Nie mniej potrzebuję przerwy od matematyki i całek, więc postanowiłem umieścić jakiś post na blogu. Tym sposobem opiszę dziś film "Ludzie jak my" (org. "People like us", reż. Alex Kurtzman), który obejrzałem w marcu tego roku.
     Rozpocznę od opisu fabuły... Sam jest przedstawicielem handlowym, który ostatnio ma problemy finansowe, a którego praca wisi na włosku. Nieoczekiwanie dowiaduje się, że jego ojciec nie żyje. Relacje obu nigdy nie były najlepsze, toteż mężczyzna nie ma ochoty na udział w uroczystościach pogrzebowych. Jednak za namową swojej dziewczyny, Hannah, Sam zmienia zdanie. Po przyjeździe do rodzinnego domu spotyka się z adwokatem swojego ojca. Ten przekazał mu, w spadku po ojcu, torbę z dużą ilością pieniędzy i wiadomością od zmarłego, by przekazał je swojej przyrodniej siostrze i jej synowi, o których istnieniu wcześniej nie miał pojęcia. Mężczyzna postanawia poznać swoją nową rodzinę.
     "Ludzie jak my" wypada dobrze na tle filmów, które do tej pory widziałem. I to pod wieloma względami. Fabularnie bardzo mi się podobał. Historia, której jesteśmy świadkami, jest ciekawa i skupiająca uwagę. Z zainteresowaniem oglądałem jak Sam poznawał swoją przyrodnią siostrę i jej syna oraz jak budowała się swojego rodzaju nić, przyjaźń (choć nie do końca oparta na szczerości) z nowo poznanymi członkami rodziny. Interesujące są także relacje Sama z jego matką, która ma mu za złe brak kontaktu z nią i jego ojcem przez ostatnie kilka lat oraz próby poznania swojej siostry. Całość, choć utrzymana w konwencji dramatu, chwilami bawi, co sprawia, że film się dobrze ogląda. Zakończenie zaś mnie poruszyło, delikatnie wzruszyło.
     Aktorsko film także wypada nieźle. Aktorzy byli przekonujący, dość autentyczni. Na wyróżnienie zasługują odtwórca roli Sama - Chris Pine ("Randki w ciemno") oraz Michelle Pfeiffer ("Sylwester w Nowym Jorku", "Młodzi gniewni"), którą bardzo lubię jako aktorkę. Co do zaprezentowanych w filmie umiejętności aktorskich Elizabeth Banks ("Dla niej wszystko")- nie były jakieś tragiczne, jednak spodziewałem się czegoś więcej. Aktorka potrafiła być bardziej przekonująca w innych produkcjach. Dodam jeszcze, że w filmie zagrała także inna aktorka, którą bardzo lubię - Olivia Wilde ("Zamiana ciał").
     Do strony technicznej nie mam zastrzeżeń. Dobry montaż, muzyka. Scenografia też niczego sobie.
     Uważam, że warto obejrzeć tę produkcję. Polecam!

środa, 29 maja 2013

Piąty wymiar

     Inspiracja, to według Słownika Języka Polskiego PWN, natchnienie lub zapał twórczy. Ową inspiracją dla wielu przedstawicieli świata szeroko rozumianej kultury i sztuki może być właściwie wszystko, począwszy od sytuacji życia codziennego a na abstrakcyjnych dziełach innych twórców skończywszy. Natchnieniem dla twórców filmu, który mam zamiar dzisiaj przedstawić była mitologia, a dokładniej mit o Syzyfie.
     Wykorzystanie mitologii w filmie to nawet częste zjawisko. Co prawda większość produkcji oparta na niej to ekranizacje konkretnych opowieści. Rzadko bywa, by mity były podwaliną do stworzenia scenariusza, w którym akcja będzie miała mało wspólnego ze starożytną Grecją czy Rzymem - niemniej zdarza się. Przykładem takich produkcji mogą być m.in. "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna" (choć tu zekranizowano książkę, w której postacie pochodzą z mitologii) czy opisywany dzisiaj przeze mnie "Piąty wymiar" (org. "Triangle", reż. Christopher Smith).
     Akcja filmu koncentruje się wokół Jess, kelnerki, która wychowuje samotnie autystycznego syna. Kobieta zostaje zaproszona na rejs, w którym bierze udział jeden z jej znajomych oraz grupa jego przyjaciół. Nieoczekiwanie podczas morskiej wycieczki pojawiają się chmury burzowe wywołujące potężny sztorm, który uszkodził jacht bohaterów. Na szczęście z pomocą przychodzi statek, który pojawił się właściwie znikąd. Jak się później okazuje wybawienie staje koszmarem, bowiem na statku dochodzi do serii morderstw, a Jess ma wrażenie ciągłego deja vu...
     No dobrze, ale gdzie odwołania do mitu o Syzyfie? W całym filmie nie zobaczymy stromej góry, a żaden z bohaterów nie będzie toczył ogromnego głazu. Motyw Syzyfa pojawia się niejako podwójnie. Raz za sprawą nazwy opustoszałego statku odwołującego się bezpośrednio do mitu. Drugie odwołanie do historii Syzyfa to konstrukcja fabuły filmu. Jess stara się wydostać ze statku, lecz każda próba, jaką podejmuje nie przynosi rezultatów. Co więcej, miała już miejsce w przeszłości. Można to porównać do nieskończonej pętli zagnieżdżonej. Akcja cały czas się powtarza, jednak Jess odkrywa ją na nowo, próbuje ją zmienić, po czym dochodzi do wniosku, że nadal powtarza schemat, który jest bardziej złożony niż początkowo się jej wydawało. Tak właśnie było z Syzyfem powtarzał ciągle ten sam schemat licząc, że tym razem się uda.
     Muszę przyznać, że film może wywołać u widza mieszane uczucia, choć u mnie pozytywne (z jednej strony to świetnie, z drugiej - dawno już nie pisałem o filmie, który mi się nie podobał). Pochwalę pomysł na scenariusz, choć po obejrzeniu połowy filmu myślałem, że wszystko, co miało się wydarzyć już się wydarzyło. I tu zaskoczenie... Akcja rozgrywa się od nowa (ale nie od początku!). Dodatkowo muszę pochwalić konsekwencję fabuły. Wydarzenia zdają składać się w logiczną całość, a wraz z biegiem wydarzeń prowadzą nas do początku filmu.
     Wśród obsady aktorskiej nie zauważyłem żadnych sław, choć pojawiły się twarze, które już wcześniej kojarzyłem. Są to dla przykładu odtwórczyni głównej roli Melissa George ("30 dni mroku", "Amityville") czy Liam Hemsworth ("Igrzyska śmierci").
     Film wart polecenia ze względu na dość ciekawą konwencję dotyczącą rozwoju kolejnych wydarzeń, niespotykanej w innych produkcjach. Jednak fabuła dla wielu wydać się na tyle pokręcona, że film nie będzie budził pozytywnych emocji, a wręcz przeciwnie.

Wyjątkowo na zakończenie chciałbym pozdrowić koleżanki Lucynę i Dianę, które około półtora tygodnia temu zapowiedziały, że odwiedzą mój blog! ;-)

piątek, 24 maja 2013

Drogówka

     Planując swoją karierę człowiek wybiera zawód pasujący do jego predyspozycji, cech charakteru i osobowości oraz zainteresowań. W zasadzie, czym człowiek starszy tym pomysły te są bardziej wyszukane i zindywidualizowane. Mało które dziecko powie, że marzy mu się kariera programisty Java czy analityka finansowego. W głowach kilkuletnich dzieciaków tworzy się plan zostania strażakiem, żołnierzem, a w przypadku dziewczyn są to kosmetyczki i fryzjerki. Jednak z biegiem lat marzenia co do życia zawodowego ulegają zmianie, ale i to nie zawsze. Dla przykładu ja zawsze marzyłem, by zostać nauczycielem i dalej do tego dążę. A czy jest tu ktoś, kto chciałby zostać policjantem?
     Pytanie to zostało postawione nie bez kozery. Wszystko za sprawą filmu "Drogówka" Wojciecha Smarzowskiego - reżysera m.in. "Wesela" czy filmu "Dom zły".
     "Drogówka" to produkcja, której akcja przeradza się niejako w trzy różne historie widziane oczami warszawskich policjantów. I tak początkowo widz jest świadkiem prezentacji życia przeciętnego policjanta, którego życie upływa nie tylko na wykonywaniu swoich służbowych obowiązków, ale także na spędzaniu czasu w burdelu, piciu gorzały i takich tam różnych sprawach. Policjanci ci nie mają do końca czystego sumienia, każdy ma coś za uszami. W późniejszym czasie akcja filmu rozwija się, na pierwszy plan wychodzi jeden z funkcjonariuszy, który w obronie swojej niewinności bada na własną rękę okoliczności śmierci jednego ze swoich kolegów. I tak dochodzimy do trzeciej części filmu, kiedy na wierzch wychodzą machlojki i układy ludzi wyżej położonych w polskim światku polityki i biznesu.
     W filmie zobaczymy wielu znanych polskich aktorów, m.in. Bartłomieja Topę, Arkadiusza Jakubika, Mariana Dziędziela oraz Izabelę Kunę i Andrzeja Grabowskiego. Zarówno Bartłomiej Topa, jak również Marian Dziędziel w filmie grali pierwsze skrzypce pod względem gry aktorskiej udowadniając, że kunszt aktorski w Polsce jest także pielęgnowany. Parafrazując znane słowa Mikołaja Reja: Polacy nie gęsi i dobrych aktorów mają.
     Od strony technicznej jestem gotów pochwalić film za ciekawą konwencje dotyczącej roli kamery. Standardowe ujęcia kamery zmontowane zostały z ujęciami kręconymi telefonami komórkowymi. A ta forma, pomimo swojego dziwactwa, doskonale współgra z fabułą dodając mu na autentyczności.
     Co do przemyśleń dotyczących filmu, należy przyznać, że "ryje banie". Obraz skorumpowanych funkcjonariuszy policji, którym czas płynie na piciu alkoholu i wycieczkach po domach publicznych gryzie się ze stereotypowym obrazem stróża prawa. Jednak forma realizacji i ogólny przekaz filmu w połączeniu z co rusz ujawnianymi aferami z udziałem polityków i policjantów pozwala wierzyć, że służba w policji (może w filmie lekko przerysowana) tak właśnie wygląda. W końcu pracują tam też przyzwoici ludzie, którzy za wszelką cenę trzymają się swoich ideałów i zasad. W "Drogówce" taką osobą być może jest Walczak, którego jednak wątek nie został zbyt bardzo omówiony. Ktoś kiedyś powiedział mi, że ksiądz, prostytutka i policjant jadą na tym samym wózku. Zważywszy na obraz przedstawiony w filmie oraz pewne przemyślenia na ten temat, jestem gotów podpisać się pod tym w stu procentach. To jednak wydaje się przykre... Oczywiście nie każdy musi się ze mną zgodzić, jednak zachęcam do refleksji na ten temat. Uważam, że film Smarzowskiego zasługuje by znaleźć się w kanonie filmów obowiązkowych dla każdego widza.
     Tradycyjnie czekam na komentarze ;-)

czwartek, 23 maja 2013

Przypadek 39

     Blogowanie to przyjemne zajęcie, jednak wymaga od autora postów wielkiego zaangażowania i wytrwałości. Przez ostatni czas tej wytrwałości brakowało, toteż nie mogłem się zmotywować by napisać coś interesującego i wartego uwagi. Postanowiłem jednak coś napisać... W końcu jeśli się coś zaczęło to należy doprowadzić to do efektownego finału. A na ten będzie trzeba jeszcze długo poczekać.
     Jak sugeruje tytuł posta dzisiaj opiszę "Przypadek 39" (reż. Christian Alvart), film który z pewnością jest horrorem, ale zahacza o dramat psychologiczny. No dobrze, ale o czym jest?
     Emily Jenkins jest przepracowaną pracownicą socjalną, która z wielkim zaangażowaniem wykonuje swoje obowiązki. Pomimo braku czasu na inne zajęcia kobieta otrzymuje kolejną, trzydziestą dziewiątą już sprawę, która dotyczy dziewczynki Lillith Sullivan. Po wstępnym rozeznaniu sprawy, Jenkins czuje się zaniepokojona atmosferą panującą w domu Sullivanów, jednak nie ma podstaw prawnych do interwencji. Sytuacje komplikuje telefon, jaki odbiera pracownica socjalna niedługo później, z wołaniem dziewczynki o pomoc. Kobieta wraz z zaprzyjaźnionym policjantem szybko reagują ratując tym samym Lillith przed spaleniem jej w piekarniku przez jej rodziców. Wkrótce później Emily opiekuje się dziewczynką wokół której dochodzi do serii kilku dziwnych śmierci osób związanych z kobietą.
     Od strony fabularnej film zasługuje na uwagę i z pewnością powinien zainteresować wszystkich miłośników tematyki demonów i opętania. Choć motyw ten już wielokrotnie eksploatowano, to jednak "Przypadek 39" pokazuje go w inny sposób niż w innych produkcjach. Widz w zasadzie nie obserwuje tego, jak Emily żyje z demonem, a o wszystkim dowiaduje się w tym samym czasie co bohaterka. Przez pierwszą część filmu Lillith to wycofana dziesięciolatka, której to nienawidzą rodzice do tego stopnia, że pragnęli dla niej śmierci w męczarniach. Dopiero później zauważamy inną stronę tej sprawy.
     Strona techniczna także zachęca do obejrzenia filmu. Świetny klimat, za sprawą dekoracji czy muzyki, daje poczucie lekkiego zaniepokojenia, które to powinno być obecne podczas oglądania horroru zarówno samemu w ciemnym pokoju jak też w czteroosobowej grupie, gdy na dworze jeszcze jasno.
     Warto też wspomnieć o obsadzie. W rolę Emily wcieliła się Renée Zellweger ("Dziennik Bridget Jones")  kojarzona przeze mnie wyłącznie z komedii. Muszę jednak przyznać, że w horrorze się sprawdziła! Należy także powiedzieć, że w filmie wystąpili także Bradley Cooper ("Jestem Bogiem", "Walentynki") oraz Jodelle Ferland ("Silence Hill"). Co do tej ostatniej - rola Ferland, która wcieliła się w postać Lillith, pokazuje, że utalentowani aktorzy nie muszą być po trzydziestce, by wykreować dobrze swoją postać. 
     Podsumowując, film warty obejrzenia. 

czwartek, 25 kwietnia 2013

Władcy umysłów

     Z oglądaniem filmów bywa różnie. Zdarza mi się, że mam ochotę coś obejrzeć, patrzę na pliki, które mam umieszczone w folderze FILMY, spoglądam na rządek pudełek z płytami zbierających kurz od jakiegoś czasu i decyduję się, że skorzystam z usługi YouTube lub ipla. Film, który dzisiaj opiszę, miał to szczęście, że po prawie roku leżenia u mnie na dysku, został obejrzany.
     "Władcy umysłów" (org. "The Adjustment Bureau", reż. George Nolfi) jest jedną z tych produkcji, które prezentują nam, że losy człowieka nie zależą od jego woli, a on sam powinien pogodzić się ze swoim przeznaczeniem. Motyw ciekawy, wykorzystywany już w antyku, kiedy to kinematografia jeszcze nie istniała, ale pisano sztuki teatralne. Ten sam motyw wykorzystywano współcześnie w wielu produkcjach filmowych, które miałem możliwość zobaczyć - choćby "Efekt motyla" czy "Oszukać przeznaczenie".
     Fabuła filmu skupia się wokół polityka, Davida Norrisa, który przegrywa wybory do senatu. W dniu, w którym mężczyzna dowiaduje się o swojej porażce, poznaje Elise, a ich pierwsze spotkanie kończy się pocałunkiem. Jednak jak to w życiu (głównych bohaterów filmowych) bywa, sytuacja komplikuje się. Dziewczyna ucieka, nie podając nawet swojego imienia. Nie długo później oboje spotykają się w autobusie i tam rozkwita ich uczucie. Niestety, kilka minut później David spotyka tajemniczych ludzi, którzy czuwają nad tym, by człowiek zrealizował plan, jaki stworzyło dla niego przeznaczenie. Jak się dowiaduje, kochankowie nigdy więcej nie mogą się spotkać. Rozpoczyna się heroiczna walka Davida z jego przeznaczeniem.
     Film zacząłem oglądać wczoraj, dziś dokończyłem. W moim odczuciu jest dobry i można go zobaczyć. Co mi się spodobało? Po pierwsze tematyka. Pozycja człowieka wobec własnego losu to ciekawe zagadnienie, któremu poświęciłem chwilę uwagi przygotowując się swojego czasu do matury ustnej z języka polskiego.
     Po drugie, spodobała mi się muzyka, o którą zadbał Thomas Newman. Jego utwory możemy poznać między innymi za sprawą filmów "Zielona mila", "Skazani na Shawshank"oraz serialu "Boston Public".
     W filmie możemy zaobserwować znakomitą obsadę oraz dobrą grę aktorską. A zagrali m.in. Matt Damon ("Nieustraszeni bracia Grimm", "Tożsamość Bourne'a"), Emily Blunt ("Diabeł ubiera się u Prady") oraz Anthony Mackie ("Człowiek na krawędzi").
     Podsumowując, film dobry i z pewnością warto po niego sięgnąć, jeżeli nie teraz to w przyszłości (nie koniecznie dalekiej).

piątek, 19 kwietnia 2013

Modlitwy za Booby'ego

     Ponieważ nie pisałem na blogu przez ostatni czas, to nazbierało się trochę filmów, o których mógłbym opowiedzieć. Długo zastanawiałem się nad tym, jaki film opisać. Zdecydowałem się ułatwić sobie decyzję wyboru stawiając na ślepy los. I tak, na drodze losowania, został wybrany film "Modlitwy za Booby'ego".
     Film przedstawia prawdziwą historię młodego geja, Booby'ego, wychowującego się w bardzo pobożnej rodzinie. Początkowo chłopak ukrywa fakt o swojej orientacji seksualnej przed rodziną i znajomymi. Jednak sytuacja ta nie trwa długo i wkrótce jego rodzina dowiaduje się, że Booby jest homoseksualistą. Najgorzej wieść tą znosi matka chłopaka, która nie dopuszcza do siebie tej nowiny. Próbuje pomóc synowi wszelkimi znanymi sobie sposobami. Wysyła nastolatka do lekarzy, by ci go wyleczyli, czyta wiele książek, które mogą pomóc oraz naturalnie wysyła chłopaka do kościoła. Wszystko po to, by cała rodzina znalazła się w niebie.
     Przyznam, że tematyka filmu jest dość trudna. W sumie to nie wiem czy bardziej ukazano dramat młodego geja, który nie do końca rozumie co się z nim dzieje czy dramat głęboko wierzącej katoliczki, której syn jest taki, jaki jest. Myślę, że raczej to drugie. Mery Griffith, matka Booby'ego, znalazła się w trudnej sytuacji. Z jednej strony przekonania religijne, z drugiej miłość do dziecka. Uważam, że ciężko jest zaakceptować taką sytuację i według mnie postępowanie kobiety może nienajlepsze, ale za to ludzkie. Jakby nie było, ciężko zaakceptować coś, co potępiało się przez całe życie.
     Na uwagę zasługuję fakt, że w "Modlitwach za Booby'ego" zagrała Sigourney Weaver ("Obcy" , "Avatar"), której gra aktorska zasługuje na pochwałę. Z resztą sama aktorka za rolę w tym filmie dostała kilka nominacji do bardziej lub trochę mniej prestiżowych nagród. W obsadzie poza Weaver nie znalazł się nikt bardziej znany czy bardziej utalentowany - a samych aktorów możemy głównie zobaczyć w mniej popularnych produkcjach. Wspomnę może tylko, że film został wyreżyserowany przez Russella Mulcahy'ego ("Ostatni brzeg", "Resident Evil: Zagłada").
     W mojej opinii strona techniczna wypada dużo słabiej od fabuły. Bardzo się zdziwiłem, że film swoją premierę miał na początku 2009 roku, bowiem oglądając go ma się wrażenia jakby był kręcony dekadę wcześniej. Niestety nie urzekła mnie oprawa muzyczna, która sprawia delikatny zawód. Warto jednak podkreślić, że "Modlitwy za Booby'ego" nie są produkcją kinową, a tylko telewizyjną, więc zapewne nie miał dużego budżetu.
     Nie znalazłem nigdzie informacji, by w Polsce wydano DVD z filmem. Sam oglądałem produkcję za pośrednictwem YouTube.
     Na zakończenie dodam, że warto obejrzeć ten film - choćby dlatego, że przedstawia prawdziwą historię.

środa, 17 kwietnia 2013

Spartakus

     Zgodnie z obietnicą wróciłem do blogowania! Minęło około 1,5 miesiąca, może nawet więcej od czasu ostatniego wpisu - w tym czasie obejrzałem kilka filmów (niektóre dobre, inne - no cóż...), nadrobiłem trochę zaległości w oglądaniu seriali, ale i zyskałem trochę zapału, jeżeli chodzi o pisanie na blogu. Nie śledziłem raczej nowości w świecie filmów, za to w serialach to trochę tak. I w tej kwestii trochę się działo... Pojawiły się nowe odcinki "Gry o tron" (których jeszcze nie miałem czasu obejrzeć), serialu "Grimm" (tu jestem na dobrej drodze, by być na bieżąco). Skończył się niestety serial "Spartakus: Wojna potępionych" - ostatni 3. sezon. Myślę, że jest to dobra okazja, by wspomnieć o tym serialu i podzielić się zdaniem na jego temat.
     Legendy o starożytnym gladiatorze Spartakusie - człowieku, który rozpoczął największy bunt niewolników - sięgają I wieku p.n.e. Pierwsze filmy o legendarnym wojowniku powstawały w połowie XX wieku, a sam motyw okazał się być żywym tematem. Ostatnimi laty owa żywość przejawiała się powstaniem serialu "Spartakus". Serial doczekał się trzech sezonów - kolejno "Spartakus: Krew i piach", "Spartakus: Zemsta", "Spartakus: Wojna potępionych" oraz prequelu o tytule "Spartakus: Bogowie areny". Każdy kolejny skupiał przed telewizorami, bądź ekranami komputerów, coraz większą liczbę widzów. W zasadzie nie znam nikogo, kto powiedziałby, że serial jest zły - najgorsze opinie jakie słyszałem to takie, że serial jest dobry.
     Co do samej fabuły... Serial opowiada losy tytułowego Spartakusa, trackiego wojownika, który poddał się dezercji i tym samym trafił do niewoli. Rozdzielony z żoną, trafia do szkoły gladiatorów. Jego determinacja, spryt i umiejętności w walce pozwalają mu stać się jednym z najlepszych na arenie. Śmierć jego żony i późniejsze wydarzenia przyczyniają się do tego, że mężczyzna staje na czele buntu w Domu Batiatusa, a później zostaje dowódcą największego w historii powstania niewolników.
     W serialu królują trzy rzeczy - sceny walki, seks i intrygi. Co do pierwszych... "Spartakus" jest serialem bardzo krwawym. Często dochodzi do różnych form przemocy znanych w starożytności: walki na pięści, miecze czy kamieniowanie i wieszanie na krzyżu. Bywa, że gladiatorzy (a później żołnierze rzymscy) mają ucinane kończyny w walce, a czasem dochodzi do dekapitacji. W samych scenach walki często wykorzystywany jest komputer, ale za to efekt końcowy jest dość ciekawy. Co do drugiego... Seks w serialu jest nieodzownym elementem - co moim zdaniem dodaje autentyczności serialowi. W zasadzie sceny erotyczne można zobaczyć w każdym odcinku, a sama nagość jest wielokrotnie podkreślana. Aktorzy nie mają oporów przed występowaniem przed kamerą - a bohaterowie w serialu uprawiają seks w zasadzie w każdej sytuacji i bez cienia zawstydzenia o obecność osób trzecich. Trzeci element - intrygi - to coś, co bardzo lubię w różnego rodzaju produkcjach, a tych jest bardzo dużo. Intrygi, podstępy, fortele to coś, w czym wielu bohaterów czuje się bardzo dobrze. Choć wydaje mi się, że wraz z rozwojem wydarzeń i powstawaniem kolejnych sezonów było ich mniej to i tak dało się je zaobserwować.
     W rolę tytułowego bohatera wcielił się Andy Whitfield, który po przegranej walce z nowotworem zmarł. W drugim i trzecim sezonie zastąpił go Liam McIntyre. W serialu zagrała również znana z serialu "Xena: wojownicza księżniczka" Lucy Lawless wcielając się w jedną z najbardziej lubianych przeze mnie bohaterek tego serialu - Lucretię. Pozwolę sobie jeszcze wymienić dwoje aktorów - Gwendoline Taylor, dwudziestosześcioletnią aktorkę, która w serialu zaprezentowała się bardzo dobrze oraz Christiana Antidorrmiego, młodego aktora, który może okazać się obiecującym aktorem - w "Spartakusie" zagrał bardzo dobrze.
     Aktualnie ostatni sezon można obejrzeć na antenie HBO, a pierwsze sezony emitowane są przez Telewizję Puls.

     Na zakończenie mogę polecić jeszcze raz obejrzenie serialu oraz zaprosić do dzielenia się swoimi opiniami w komentarzach.

czwartek, 21 lutego 2013

Serialowe wrota

     Dziś bardzo krótko - no może porównując inne posty to po prostu krótko. Nie będę opisywał filmu, nie opiszę serialu. Dziś opowiem trochę o audycji, na którą natrafiłem około miesiąca temu. 
     SERIALOWE WROTA, bo o niej mowa, to jedyna w Polsce audycja radiowa w całości poświęcona serialom, przede wszystkim amerykańskim. Rzadko kiedy schodzi na tematy produkcji polskich, a kiedy już to ma miejsce to głównie są to szydercze uśmiechy w stronę pani Ilony Łepkowskiej (scenarzystka "M jak miłości" czy "Barw szczęścia"). Jak łatwo się domyśleć grupą docelową nie są gospodynie domowe, które z niecierpliwością czekają na kolejny odcinek losów rodziny Mostowiaków, a raczej fani "Spartakusa", "Białych kołnierzyków" czy innych produkcji amerykańskich.
     Audycja trwa około 2 godzin, podczas których poza opiniami na temat seriali można usłyszeć 2, góra 3 piosenki - czasem z seriali, czasem nie. Całości można słuchać na antenie internetowego eLO RMF w środy w godzinach od 19 do 21 lub też na stronie hatak.pl.

Wystarczy kliknąć

     Audycję prowadzą Kuba Filimon i Dawid Rydzek. Obaj często się zgadzają uzupełniając się o różne spostrzeżenia lub też reprezentują dwie skrajne opinie ukazując dwa zupełnie różne spojrzenia na dany serial, reżysera czy aktora. Jako nałogowcy - uzależnienie od oglądania seriali - często zwracają uwagę na analogie w fabule różnych seriali, podobieństwa czy zastosowanie tych samych schematów.
     Całość słucha mi się bardzo dobrze, co za pewne podyktowane jest niepowtarzalnym charakterem audycji oraz interesującej mnie tematyki. Każdemu polecam zapoznanie się z odcinkami SERIALOWYCH WRÓT. Sam mam jeszcze ogromne zaległości, które jednak planuję nadrobić jak najszybciej.

środa, 20 lutego 2013

Django

     Ostatnio na blogu rozpisywałem się na temat filmów, które nakręcono kilkanaście lat temu. Dziś mam do zaoferowania notkę na temat filmu znacznie młodszego, mającego swą światową premierę niecałe dwa miesiące temu. Chodzi mi oczywiście o film "Django" (org. "Django Unchained", reż.Quentin Tarantino), czego błyskotliwe osoby mogły domyśleć się po przeczytaniu tytułu tego wpisu.
     Fabuła filmu koncentruje się na losach tytułowego Django, czarnego niewolnika, który za sprawą doktora Schultza odzyskuje wolność i staje się wolnym człowiekiem. Od tego momentu obaj mężczyźni parają się polowaniem na ludzi poszukiwanymi listami gończymi. Duża część filmu ukazuje próbę odnalezienia i uwolnienia żony tytułowego bohatera. Całość osadzona na tle Dzikiego Zachodu.
     Przyznam się, że niechętnie sięgnąłem po film, gdyż western nie jest moim ulubionym gatunkiem, a w gruncie rzeczy nie przepadam za tego rodzajem produkcjami. Stąd też podczas projekcji byłem ogromnie zaskoczony. Niestety westerny (podobnie jak telenowele) cechuje sięganie ciągle do tych samych szablonów, w związku z czym przy kolejnych produkcjach oglądamy w 80% ten sam film z inną obsadą, tytułem i innymi wątkami pobocznymi. Na szczęście film Tarantino jest inny. Nie ma Indian, brak pociągu oraz wysadzania mostu, po którym ten przejeżdża - i chwała za to twórcom. W zamian otrzymujemy uwydatniony problem niewolnictwa, problem rasizmu oraz determinacje w próbie odzyskania dawno utraconej miłości.
     Wśród aktorów zobaczymy Jamiego Foxxa ("Szefowie wrogowie"), Leonarda DiCaprio ("Incepcja", "Wyspa tajemnic") oraz Christopha Waltza. W obsadzie znalazł się także Samuel J. Jackson ("Pulp Fiction", "Trener"), którego gra aktorska zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Odgrywana przez niego postać była pełna realizmu i wiarygodności pomimo swoistej przewrotności; muszę przyznać, że samej postaci nie polubiłem.


     Nazwisko Tarantino jest swojego rodzaju wyznacznikiem jakości filmu. Stwierdzenie to ma swoje odzwierciedlenie również w przypadku tej produkcji. Gorąco polecam jej obejrzenie pomimo czasu jaki to zajmie - film trwa 165 minut! Jednak należy mu przyznać, że nie nudzi.